Detroit – jedno morderstwo dziennie

Pierwszy wpis postanowiłem skopiować z poprzedniego bloga, bo tam cieszył się dość sporym zainteresowaniem.

Krótko po potwierdzeniu rezerwacji do Stanów, pojawiła się nowa pula biletów na MegaBusa po dolarze. Chcąc zorganizować ten wyjazd jak najtaniej, na szybko zarysowałem sobie plan podróży. W ten oto sposób za przejechanie 4500 km po Ameryce zapłaciłem około $50. Dopiero później, gdy zacząłem czytać o miastach które wybrałem uśmiech momentalnie zniknął z twarzy. Okazało się bowiem, że będę 2 dni w jednym z najniebezpieczniejszych miast świata – Detroit. Czytając jeden przez drugi artykuły w sieci, nakręcałem się coraz bardziej.

Podróżując już po USA i spotykając coraz to nowych ludzi zauważyłem, że każdy bladł na jedno słowo – “DETROIT”. Ostatnim przystankiem przed tym miastem było Chicago. Spałem tam u pary z couchsurfingu, która miała okazję odwiedzić „The Heidelberg Project„. Przed moim wyjazdem powiedzieli tylko „Jeżeli już musisz tam jechać, to nie idź w to miejsce, byliśmy w dzień i było strasznie.”, no cóż – człowiek uczy się na błędach.

Do Detroit dotarłem wieczorem. Dwie noce spędziłem u Derek’a z airnbnb, który odbywał akurat praktyki w jednym ze szpitali. Za dużo nie mógł mi powiedzieć, też był tam nowy. Na dworcu autokar zawitał przed północą, nigdzie dookoła nie było widać białych ludzi. Sporo osób chodziło w kapturach i spoglądało na mnie nieswojo. Ewidentnie wyglądałem na turystę lub kogoś kto szuka problemów. Zabrałem swój plecak z ziemi i udałem się w kierunku przystanku. Z okna autobusu widać było opuszczone budynki, niektóre po pożarach. Wchodząc do mieszkania mojego hosta wiedziałem już, że trafiłem do miasta widmo.

IMG_1962

IMG_1961

Z różnych źródeł dowiedziałem się, że na obrzeżach miasta, w pustostanach, gdzie nawet Policja boi się zaglądać produkuje się twarde narkotyki. Posiadanie tutaj broni jest całkiem legalne i nikogo nie dziwi (w innych miastach jest podobnie).

IMG_1966

Kolejnego dnia odbywał się w Detroit mecz baseballu. Chciałem spróbować kolejnego po NBA sportu w USA, dlatego z wyprzedzeniem zaopatrzyłem się w bilet. Mecze miejscowych Tigersów to chyba jedna z nielicznych okazji aby zobaczyć w mieście jakiekolwiek życie.

IMG_2029

IMG_1990

IMG_1985

W mieszkaniu podłączyłem się do neta i spisałem numery autobusów. Postanowiłem dotrzeć do miejsca które mi odradzano. Nieopodal domu znajdował się przystanek. Właściwie kiedyś to miejsce mogło go przypominać. Zdezelowanym autobusem, ściśnięty między ludźmi dotarłem do dworca. Czas leciał, a ja spotykałem się coraz to z większą ilością spojrzeń. Nie pasowałem tam. Chodziłem w kółko wyczekując mojego autobusu. Minęło 30, 45, 60… minut Zastanawiałem się czy nie wrócić do domu, gdyż robi się ciemno. Jak nie teraz to nigdy. Po kolejnych 30 minutach autobus w końcu się pojawił. Kierowca widocznie zapomniał, że miał mi pokazać który to przystanek. Zagadnąłem do niego ponownie kiedy zobaczyłem na telefonie, że już minęliśmy to miejsce. Miałem rację – przeprosił i zatrzymał pojazd. Wysiadłem i podążałem za wskazówkami telefonu. Pośród zrujnowanych budynków były także te zamieszkałe, głównie bliźniaki. To chyba ostatnie miejsce w którym chciałbym zamieszkać. Zaraz za mną zatrzymał się samochód, uff tylko parkował.

IMG_2059

IMG_2060

Po skręceniu w drugą uliczkę znalazłem się w miejscu o którym czytałem. Pełno malunków na asfalcie, różne rzeczy porozwieszane na domach. Wszystko to wyglądało przerażająco na dodatek, że dookoła nie było nikogo poza mną.

IMG_2061

IMG_2066

IMG_2071

IMG_2072

IMG_2083

IMG_2084

IMG_2091

Kiedy postanowiłem wracać, zorientowałem się, że nie mam drobnych na bilet. Dotarłem na główną drogę i zobaczyłem stację paliw. Nie było tam po prostu kas tylko pancerna szyba, coś jak w naszych kantorach. Podszedłem do okienka i spytałem o możliwość rozmienienia pieniędzy. W odpowiedzi zostałem zasypany pytaniami skąd jestem i co tutaj robię. Po mojej odpowiedzi, kasjer oddalił się gdzieś na chwile. W rogu otworzyły się drzwi i kazał mi wejść z nim za szybę. „Nie powinno Ciebie tutaj być, w tej okolicy jest niebezpiecznie, tutaj ludzie potrafią zabić tylko dlatego, że mają zły dzień. Jeśli chcesz jechać autobusem to nie wychodź na dwór póki nie przyjedzie, lepiej posłuchaj.” – po tych słowach jak gdyby nigdy nic podał monety, a mi zabrakło słów po raz kolejny.

Nie mogłem zostać w środku, ponieważ autobus by się nie zatrzymał. Wziąłem drobne i poszedłem na przystanek. Szczęśliwie, długo nie musiałem czekać. Na pytanie zadane kierowcy czy jedzie na dworzec nawet nie uzyskałem odpowiedzi. Z kamienną miną wskazał, że mam przejść do tylnej części pojazdu. Próbowałem nie myśleć o tym, że każdy patrzy się na mnie jak na karpia który zaraz trafi na świąteczny stół.

Gdy zza szyb zaczął wyłaniać się dworzec byłem lekko spokojniejszy. Niestety, tylko na chwilę. W momencie znalezienia się na zewnątrz wszędzie czuć było zapach palonego zielska. Na dworcową poczekalnię wejście było z jednej strony, reszta była otoczona blachami. Po skierowaniu się do niego grupka czarnych gości w kapturach zaczęła coś do mnie krzyczeć i zaczęli podążać w moją stronę. Nie był to oznak sympatii, a ja postanowiłem, że do domu wrócę pieszo.

Po drodze mijałem jeszcze ludzi wnoszących kartony do ruin, pełniły zapewne funkcje karimaty.
Odetchnąłem z ulgą dopiero następnego dnia gdy siedziałem w autobusie do Pittsburgh’a.

[Głosów:1    Średnia:5/5]